Trwa we mnie jakiś marazm twórczy, który zresztą ma się nijak do ogólnego samopoczucia.
Ogólne samopoczucie jest bowiem zmienne, a marazm trwały.
Kilka dni temu miałem ładny sen. Śniło mi się, że kompletnie zwariowałem, tzn. wpadłem (na skutek nie znanych mi zupełnie przyczyn) w psychozę. Moje ześwirowanie polegało głównie na tym, że przestało mi zależeć na wszystkim na czym mi zależało do tej pory, czułem, że moja dawna przedchorobowa tożsamość przestała właściwie istnieć, nie byłem w stanie myśleć, trochę tak jakby jakaś siła, ktos zawładnął moim życiem.
Szedłem więc sobie ulicą i z niejakim zdziwieniem obserwowałem własną obojętność wobec faktu, że to jest jednak obciach jak psychiatra sam zachoruje na schizofrenię.
Byłem nawet u jakiegos lekarza, bo dałem się namówić, że jest mi potrzebne zwolnienie z pracy. Ale wszystko było pozbawione jakiegoś większego lęku, napięcia, wstydu, czy jakichkolwiek innych emocji.
Po głowie kołatało mi się jedynie stwierdzenie Talesa, że pomiędzy życiem a śmiercią, nie ma żadnej różnicy. A kiedy go pytano:
- Dlaczego więc nie umrzesz?
On odpowiadał:
- Ponieważ nie ma żadnej różnicy.
Szedłem więc sobie chodnikiem, mijałem przechodniów, cieszyłem się wolnością od obowiązków i wolnością od norm. Byłem śwrem i doświadczałem tego, że pomiędzy zdrowiem a chorobą nie ma żadnej różnicy. Dziwne, ale miłe uczucie.
Gdyby więc przyszło Wam do głowy, żeby zaszaleć, oszaleć albo zwariować, możecie to zrobić.
Lub nie. Nie ma różnicy.